Danse macabre

Siedzę na publice, grzebię palcem w nosie,
rzucam wzrokiem w dal, niczym po złotym kłosie, rosnącym na polu szczerym,
 pozłoconym, pokrytym przezeń bez zbędnej maniery.

Na razie nic nie widzę, nie dostrzegam, nie czuję,
jedynie reszta widzów  między sobą spiskuje,
coś bełkocze, biadoli, jakiś szlachcic krzyczy,
waćpannna któraś płacze, dziecko jej ryczy.

Ja tam nie rozumiem, o co się rozchodzi,
przeto przyszedłem tu po zwykłej dobroci,
przyjaciel mnie zaprosił, poszedłem - co mi tam,
lecz jego tutaj nie ma, dziwne,  no nic - cham.
Obiecał, że przyjdzie, że zasiądzie obok,
a teraz się nie pojawił, smutek mnie objął.

Wtem cicha muzyka na sali się pojawia,
zobaczyć ją można oczami duszy.
Morowe powietrze wchodzi na seans,
coś mnie chyba chwyta, coś mnie niby dusi.

Z lekka nieprzytomny, patrzę na scenę,
tam przyjaciel mój, jak kiedyś nad Menem,
wesoło tańczy, ale nie z tancerką, a z panną wielką.
Wielką we wszechmiarze swojej władzy,
śmierdzącą od wszechobecnej zarazy.
Szczury jej wyżarły resztki zgniłych trzewi,
ona w stanie rozkładu, a on się do niej klei.

Oprócz tejże pary, tańczy w kole król,
a obok niego jedna z jego cór.
Nieopodal papież łapie się z kostuchą,
a mieszczanin - bogacz - szarga pastuszką.

Ja już odpływam w bezmiar ciemności,
smród jedynie drażni nozdrza - moje włości!
Obślizgłe ręce ściskają wciąż mą szyję,
czy ja jeszcze jestem, czy jeszcze żyję?

Wtem ciemność, nad mymi oczętami,
chwilowy zamęt w tym mroku i głos jakiejś pani.
Nie wiem co mówi, nie rozumiem wcale,
czuję jednakże się jak po zawale.
Pełen goryczy, smutku i żalu,
mimo to gram szczęścia przemyca się w calu.
Znowóż martwa dłoń dotyka mego ciała,
teraz już nie szyję, a dłoń sponiewiera.
Myślę sobie "Przecież ona jak cholera".

Łapie coraz mocniej,
ciągnie wnet za sobą,
ruch już wykonuje, plączą mi się nogi,
w kole się zataczam, niczym pijak srogi,
czuję się teraz jak młodziak błogi.

A obok mój przyjaciel, chcę go chwycić żwawo,
jednakże on martwi bardzo się swą panią.
Zresztą - ja też mam swoją opiekunkę,
z którą tańczę niby w wielkiej trumnie.

Każdy jest tu równy, każdy się tu boi,
a Śmierć bezlitosna lęków nie koi.
Zjada resztki duszy, zabiera bogactwo,
nie jest mi smutno, wszakże to nie świętokradztwo.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Watra wędrownicza

Obrzydzenie

Droga krzyżowa