Sweet Island


Ben był niespokojny. Odkąd wysiadł z połatanej deskami łodzi, ledwo płynącej po rzece Lune, zaczął czuć smród. Sam nie wiedział czego. Odór był tak okropny, że Brytyjczyk zdjął koszulkę i owinął nią głowę zasłaniając usta. Został na nim jedynie świąteczny sweter z pogodnym reniferem, wystawiającym kopytko. Wyglądało to co najmniej sarkastycznie.
- No cóż, sam tego chciałem... - pomyślał Ben. - Dreszczyk emocji, wakacje zapamiętane do końca życia, niezapomniane wrażenia - równie dobrze mogłem iść do lasu i spędzić tam dwa tygodnie. Przynajmniej nie byłoby takiego smrodu.
Powoli kroczył po zamglonej wyspie. Gdzie nie spojrzeć - zielona łuna i opary z pobliskich bagien. Idąc ledwo widoczną ścieżką, mijał zgniłe drzewa, suche trawy i resztki płotów.
- Kiedyś pewnie tętniło tu życie - zamyślił się. - Ciekawe, co spowodowało wyludnienie... A może się mylę? Może jest tutaj jakaś żywa dusza?
Po pięciu minutach natrafił na starą, przekrzywioną tablicę, z napisem "Welcome to Sweet Island!". Podszedł bliżej.
- Krew? - zapytał sam siebie, widząc czerwoną plamę, która zdążyła już wyschnąć na spróchniałej desce. - Mam szczerą nadzieję, że nie.
Zaczął iść dalej, wciąż tą samą ścieżką. Zewsząd obsiadały go tłuste muchy, a zapach zgniłego mięsa drażnił jego nozdrza.
- "Sweet Island" - śmieszna nazwa, patrząc na dzisiejszy krajobraz tego... miejsca - pomyślał, z odrazą zabijając kolejną muchę, która usiadła mu na ramieniu. Była tak obrzydliwie gruba, że ledwo latała. Ben bez problemu mógł ją ubić.
W dali począł rysować się zarys wzgórza i wielkiego domu. 
- Chryste Panie. Nie, ja tam nie idę. Nie ma mowy. Wracam. - podjąwszy szybką decyzję zawrócił na pięcie i udał się w drogę powrotną ku Lune.
Zmierzając szybkim krokiem w stronę rzeki, usłyszał za sobą stukot ciężkich buciorów i krzyk, sprawiający niewyobrażalny ból uszu:
-Nie wrócisz do domu! 
 Głos krzyczącego był tak obrzydliwy, tak ochrypły i pełen nienawiści, że mężczyzna zamarł w bezruchu na krótką chwilę. Po chwili zdobył się na odwagę i wykonał obrót.
W jego kierunku zmierzało coś, co wyglądało jak tłusty wieśniak, ze strzępami ogrodniczek na ciele. Ciągnęła się za nim smuga zielonego dymu. Zżerały go kruki, ale ten nic sobie z tego nie robił. Na ogromnej twarzy zobaczyć można było psychopatyczny uśmiech i podobne jemu oczy. Głowa pokryta była resztkami niby włosów. W rzeczywistości było to po prostu czarne robactwo wgryzające się w skórę. Uszy wisiały na strzępkach skóry. Na całym ciele olbrzyma zauważyć można było ropiejące rany, z których wypełzały nażarte zgniłymi wnętrznościami larwy much.
- O cholera! - pomyślał Ben, chociaż "pomyślał" to złe słowo, zważając na szybkość, z jaką przyszła mu ta myśl do głowy.
Biegł. Grubas był coraz bliżej. On to słyszał. Czuł odór z jego gęby na swoim karku. Do jego uszu docierał zgrzyt spróchniałych zębów i zarzucanie obślizgłym, długim ozorem wokół ust. Wieśniak dyszał i warczał, ślina ciekła mu po brodzie. Ben biegł najszybciej jak mógł. Rzeka była już blisko. Na wyciągnięcie ręki. 
- Ten stwór na pewno nie umie pływać! Jest zbyt ciężki!  Dam radę, przeżyję! - motywował się Ben.
Jego nogi nareszcie dotknęły mokrego piachu. 
- Jeszcze kilka metrów!
Nagle rozległ się huk, jak gdyby ktoś próbował rozbić pancerną skrzynię. Brytyjczyk poczuł otępiający ból na plecach. Zdołał odczuć jeszcze unoszenie swojego ciała i smród rozkładających się zwłok. Po chwili stracił przytomność.

c.d.n.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Watra wędrownicza

Obrzydzenie

Droga krzyżowa