Metro 2044

Warszawa, 2044, 24 grudnia

Jest zimno i  ciemno. Tylko żarówki zwisające ze stropu zapewniają lekkie światło. Jest godzina 23:00 według ludzi żyjących tutaj, w warszawskim metrze. Czas nie jest tutaj tak samo liczony jak tam, na górze. Tam, gdzie się wychowywałem, zanim spadły bomby. Tam, gdzie było szczęście i smutek, pocieszenie i załamanie, ciemność i jasność, dzieciństwo... Właśnie. Dzieciństwo. Mam dopiero dwanaście lat, a już obsługuje karabinki szturmowe i chodzę na warty. Na górze, starej ziemi, jak ją nazywamy, beztrosko
się bawiłem i uczyłem. Uczyłem się też kochać. A tutaj, w podziemiu, nie znamy tych uczuć. Znamy tylko strach i obawę. Oczy przystosowały się do ciemności metra. Metro było naszą ostatnią szansą, którą przynajmniej ja wykorzystałem. Zostałem
oddzielony od rodziny już na początku. Wtedy, kiedy rozdzielano ludzi na stacje... Wracając do bomb. Bomby... one spadły nagle, trzeciego stycznia, w dzień moich urodzin... Akurat miałem jechać metrem na drugi koniec miasta. Miałem jechać...
po prezent. Prezent, którego nigdy nie zobaczę. Wtedy one spadły. Miałem szczęście. Metro jest schronem przeciwatomowym. Zaprojektowane przez najlepszych architektów i profesorów. Nie wiem, jak to zrobili, ale im dziękuję. Ludzie, którzy byli tutaj,
na dole, mieli szczęście. Od razu zostali przydzieleni na odpowiednie stacje metra. Władze wiedziały, że taki dzień nadejdzie... One wiedziały i były przygotowane na tyle, na ile mogły. Wracając do życia w metrze. Tutaj na dole nie ma jutra. Jest dzisiaj.
Każdy walczy o przetrwanie dnia dzisiejszego. Nie planuje na przyszłość. Przyszłość, nawet ta najbliższa, może nie nadejść. Może nie nadejść nawet dzień jutrzejszy... Przez to, że wejście do metra, zamykane na potężne stalowe drzwi, wzmacniane wszelakimi zamkami,
muszą dawać się otworzyć. Muszą nie dlatego, że są stare. Dlatego, że na powierzchnię wychodzą ludzie zwani stalkerami. Bohaterzy metra. Nasi herosi. Zdobywcy. Wychodzili uzbrojeni w ciężki sprzęt na górę, żeby zdobyć choć trochę chrustu, chociaż
trochę nabojów... Tylko po to, żeby przetrwać do jutra. Tutaj, w naszym schronie, nikt nie chce być marynarzem czy lotnikiem. Nie ma mórz i nieba. Każde dziecko, które chociaż trochę podrosło chce zostać stalkerem. Ja również chcę. Gdy wkońcu zostaną stalkerami, będą podziwiani i obdarzani szacunkiem przez całą stację. Wszyscy ludzie ze stacji będą ich żegnać. Będą ich też żegnać na wieki... Tutaj nie ma uroczystych pogrzebów. Zachowywany jest co prawda obrządek pogrzebowy, ale ciało się spala. Dusza zostaje w metrze. Duchy są w tunelach, odnogach, wśród nas. Zabłąkane dusze, którę błąkają się bez końca. I będą tak robić przez całą wieczność. Przejdę teraz do tego, co dzisiaj robiłem. Wstałem o godzinie szóstej. Spałem sześć godzin. Czas na wypicie herbaty z grzybów. Brzmi ohydnie, ale da się przystosować. Nasza stacja handluje tym na całe metro. Jesteśmy stacją neutralną. Po wypiciu herbaty i porozmawianiu ze starszymi czas na wartę. Zaczyna się o godzinie siódmej, i trwa do dwudziestej. Potem praca w fabryce grzybów, i do spania. Warta niby dzień jak co dzień. Siedzę ze starszymi przy ognisku. Skrócone kałasznikowy leżą obok nas. Przeładowane. Gotowe do strzału. Nagle jakiś trzask. Dźwięk przebiegania jakiegoś stworzenia. Potem kolejne. Nagle okazuje się, że to zmutowane potwory próbują zaatakować posterunek. Jesteśmy wystawieni na sto pięćdziesiątym siódmym metrze. Karabin maszynowy staje na barykadzie. Kałasznikowy gotowe do strzału. Obok mnie strzelec wyborowy. Wydaje się, że nie oddycha. On reguluje krzyż celowniczy. Dziwna cisza, i nagle pojawiają się zmutowane zwierzęta. Wystrzelałem cały magazynek, a one nic. Dalej żyją. Kręcą ochoczo głowami, jakby śmiały się śmierci prosto w twarz. W ruch poszedł karabin maszynowy. Zdał egzamin. Trupy zmutowanych stworzeń się nie ruszają. Dwóch doświadczonych weteranów : Paweł i Piotr kontrolnie dostrzeliwują potwory. Niby tracenie amunicji, tak cennej i służącej jako waluta, ale się to opłaca. Nie raz słyszałem o przypadkach, gdzie nagle jakiś stwór wstał i zabił wartowników. Mam dopiero dwanaście lat, ale widziałem i słyszałem oraz przeżyłem więcej niż dorośli na górze. Wszystko to brzmi jak opowieść weterana wojennego. To jest jednak rzeczywistość. To życie w metrze... Cała kolejna część warty była spokojna. Szybko minęła. Przyszli zmiennicy, a ja do fabryki grzybów. Ręczne cięcie, miażdżenie, obsypywanie w jakichś dziwnie pachnących przyprawach i do worków. I tak cztery godziny. Grzyby te jedzą też zwierzęta hodowane w metrze. Nie ma tutaj paszy, ale mamy szczęście : te grzyby hodowane na uprawach w odnogach stacji, ślepych zaułkach, mają takie właściwości odżywcze, jak pasza dla zwierzaków, a więc nic szczególnego. Wyczerpany po dniu pracy wracam do sporego namiotu wojskowego. Już siedział tam Borys  - mój opiekun. Popijał grzybową herbatę i bawił się pistoletem. Borys jest doświadczonym przez życie człowiekiem - weteran wojny w Iraku i Afganistanie, oraz dzisiejszym stalkerem, a więc i bohaterem. Kiedy go żegnam, nie mogę się doczekać, kiedy wróci. Więc może istnieje tutaj, w podziemiu, miłość do bliźniego ? Może zachowały się gdzieś w środku nas przykazania z dekalogu ? Gdybyśmy my - ludzie, nie musieli zabijać innych, może wszystko potoczyłoby się inaczej ? Coraz więcej pytań, coraz mniej odpowiedzi. Nikt nie umie tłumaczyć takich spraw. Wiem jedno : w każdym z nas drzemie miłość i chęć pomocy bliźniemu. Po tych przemyśleniach położyłem się do śpiworu i zasnąłem. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Watra wędrownicza

Obrzydzenie

Droga krzyżowa