Zmora
Gościńce, kapoty i płaszcze,
szkoda drzeć ich było przez życie hulaszcze.
Ciepło czyjeś w końcu - wyczekiwane uczucie spokoju.
Cenny uśmiech - nie jak w polnym znoju.
Smród, ubóstwo, żebry i wreszcie spełniona chęć domu,
obolałe kości me kładę w pokoju.
Wyjmuję serce, trzustkę, oczy i wątrobę,
a następnie, jak wydmuszka, padam w ogień.
Już unoszę się nad groźnymi zbójami,
ponad ślicznie świecącymi latarniami.
Mijam pola, góry, łąki, piękne lasy,
jako gaz wędruje po świecie bez kasy.
Do tej pory wszystko miało swoją cenę,
teraz widzę bezsens ludzkich sponiewiereń.
Te pieniądze, drogie szmaty, domy wielkie,
taki jest nominał ludzkich cierpień.
Właśnie to, co ma przynosić ulgę,
tworzy i zamyka wielu im moralną trumnę.
Gasi oczy, serca i chęci pomocy...
Biiip-biip
Oh jak dobrze, że sen kończy się już teraz,
syn marnotrawny mi namieszał jak cholera.
Czas zakupić w końcu ten wymarzony zegarek,
no, i jeszcze kilka innych marek!
Wszakże nieprawdą jest brak moralności,
gdy posiada się rozległe włości.
Owszem, i takie przypadki się zdarzają
lecz nie generalizujmy - zasługują? Niech mają!
A my nie popadajmy w paranoję skromności,
Miejmy co chcemy - choćby same kości.
Komentarze
Prześlij komentarz