Papkin
Na podstawie "Zemsty" Aleksandra Fredry
Ja, Papkin, odważny Lew Północy,
Artemiza ma, niczym lwi kieł ostrzona,
But mój, którym wsiadam do karocy,
kątem oka zerkam czy nie goni mnie czyjaś dziewoja.
Polskie plemię dumnie mnie wydało,
mnie, Papkina, tożto niezwykła rzecz!
Z natury Polak, ogłady Francuz, z boku świnia,
to ostatnie - kłamstwo! A ja kłamstwu mówię nie!
Dobrze, że chociaż ja jestem porządny,
mnie do rany przyłóż - wnet zaleczy się.
Zaufaj, ugość, kochaj, daj za przyjaciela,
a ja w zamian... może nie wydam cię!
Poświadczyć wam to może Cześnik,
druh mój dobry, jeszcze sprzed paru lat.
Śniadanie podał, nie prosiłem, jam nie grzesznik,
wyjawił cel zwołania mnie ku niemu (bom jak brat!)
Stary cap (przepraszam, brat) do Rejenta mnie wysyłał,
Ja mu na to "Chciej rozważyć" rzuciłem.
Ten, zrezygnowawszy z planu ukarania sukinsyna (!),
dał zadanie inne, w końcu, wreszcie godne mnie.
I już, jakżem skoczył, dowiedziawszy się o celu!
(Staremu druhowi pod ożenek iść zachciało się,
a że mowę twardą ma jak sucha glina,
to zwerbował nową, miękką - moją skromną osobę)
I już, jakżem skoczył ku posesji Podstoliny,
wyjawiłem elokwentnie Cześnikowe zamiary,
ta, zgodziwszy się na za mąż pójście,
odeszła, zamknąwszy za sobą drzwi.
A ja znowu, w wir gonitwy wpadam,
już gnam ku Raptusiewiczowi,
ten mnie w bramie wyczekuje, sterczy niczym szpada,
i kolejne zadanie zleca mi.
Sąsiad Rejent, taka sprawa, mur odbudowuje,
Cześnik, jakby to powiedzieć, spór z nim mały ma,
Każe mi rozgonić całe tałatajstwo,
szkoda że nie rozumie, że to nie jest świeczki warta gra.
Dyndał się wziął za biednych murarzy,
ja tylko z boku pokrzykiwałem na nich.
Co się będę mieszał - niby mam rozkazy,
Ale człowiek też jestem - i to bez plamy na duszy.
Był tam też chłopak pewien, z Klarą,
Zlękł się mnie strasznie, pochwyciłem go.
Moje męstwo wszakże nie ma żadnych granic.
Ale Cześnik... on chciał wypuścić to przebrzydłe zło!
Cześnik... niechże go uderzy piorun!
Nie uwierzył w moje męstwo, ani żaden z czczych honorów!
Wyśmiał! Obśmiał! Upokorzył! Ale mnie to nie ruszyło!
Pokazałem jeńca - kazał odesłać. Niech go kule biją...
Wacław się nazywał chłopak, syn Rejenta, jak się okazało.
Zakochany w Klarze ogier - ciągle mu jej było mało.
Tylko po tej stronie zamku miał on szansę na schadzeczki.
Dał mi układ - to przyjąłem. Niech Bóg ma w opiece te niecne owieczki...
W końcu, w końcu spotkałem Klarę - moją lubą.
Elokwentnie opowiedziałem jej o mojej miłości.
Ta mi dała wyzwania - chciała mą miłość sprawdzić próbą...
Ale ja się nie dam! I na ten układ przystałem - mimo wewnętrznej złości.
Cześnik znowu dał mi zadanie - zostałem posłem do Rejenta.
W jego imieniu miałem proponować walkę, pojedynek za mur.
Ten, ugościwszy mnie cierpkim winem i złą strażą,
zadał memu sercy przeolbrzymi ból.
Wydukałem to, co wydukać miałem,
wtem wpada do niego jakaś baba, bodaj Podstolina.
Mówi, że chce Wacka za męża,
zaś Cześnika odrzuciła.
Wróciwszy do Raptusiewicza, zdałem mu raport, przekazałem list.
Cześnikowi gul podskoczył, dał się słyszeć duszy cichy gwizd.
Ja za to większe miałem zmartwienie - Rejentowe wino było zatrute!
Dyndalski pocieszał mnie, że niemożliwe, że w czym ja Rejenta łupię?
Wobec tego wszystkiego, ma dusza nie wytrzymała,
począłem spisywać testament, tak jak Bozia przykazała.
Łzy mi ciekły po ciepłych polikach, niby rdza po stali,
bo z czasem przestaje, zasycha, ginie gdzieś w od dali.
Poszedłem do Klary, oddałem jej testament,
tam przepisałem na nią wszystko co miałem.
W wielkim żalu, rozpaczy, że zginę od wina,
a wszakże nie moja była to wina,
gdzieś koło ucha przemknęły mi słowa:
"Tak jest, zgoda,
A Bóg wtedy rękę poda".
To wszystko przez miłość, pechową straszliwą,
intrygi uknuli, jeden przeciw drugiemu - jak nie piórem, to siłą.
Kto już w grobie jedną nogą, temu groźby nic nie pomogą,
wydałem Wacława - i tak miał ginąć młodo.
Żal mi, że Klara nie została moją żoną,
ale chociaż spokój - brak ognia za komodą.
Ja, Papkin, odważny Lew Północy,
Artemiza ma, niczym lwi kieł ostrzona,
But mój, którym wsiadam do karocy,
kątem oka zerkam czy nie goni mnie czyjaś dziewoja.
Polskie plemię dumnie mnie wydało,
mnie, Papkina, tożto niezwykła rzecz!
Z natury Polak, ogłady Francuz, z boku świnia,
to ostatnie - kłamstwo! A ja kłamstwu mówię nie!
Dobrze, że chociaż ja jestem porządny,
mnie do rany przyłóż - wnet zaleczy się.
Zaufaj, ugość, kochaj, daj za przyjaciela,
a ja w zamian... może nie wydam cię!
Poświadczyć wam to może Cześnik,
druh mój dobry, jeszcze sprzed paru lat.
Śniadanie podał, nie prosiłem, jam nie grzesznik,
wyjawił cel zwołania mnie ku niemu (bom jak brat!)
Stary cap (przepraszam, brat) do Rejenta mnie wysyłał,
Ja mu na to "Chciej rozważyć" rzuciłem.
Ten, zrezygnowawszy z planu ukarania sukinsyna (!),
dał zadanie inne, w końcu, wreszcie godne mnie.
I już, jakżem skoczył, dowiedziawszy się o celu!
(Staremu druhowi pod ożenek iść zachciało się,
a że mowę twardą ma jak sucha glina,
to zwerbował nową, miękką - moją skromną osobę)
I już, jakżem skoczył ku posesji Podstoliny,
wyjawiłem elokwentnie Cześnikowe zamiary,
ta, zgodziwszy się na za mąż pójście,
odeszła, zamknąwszy za sobą drzwi.
A ja znowu, w wir gonitwy wpadam,
już gnam ku Raptusiewiczowi,
ten mnie w bramie wyczekuje, sterczy niczym szpada,
i kolejne zadanie zleca mi.
Sąsiad Rejent, taka sprawa, mur odbudowuje,
Cześnik, jakby to powiedzieć, spór z nim mały ma,
Każe mi rozgonić całe tałatajstwo,
szkoda że nie rozumie, że to nie jest świeczki warta gra.
Dyndał się wziął za biednych murarzy,
ja tylko z boku pokrzykiwałem na nich.
Co się będę mieszał - niby mam rozkazy,
Ale człowiek też jestem - i to bez plamy na duszy.
Był tam też chłopak pewien, z Klarą,
Zlękł się mnie strasznie, pochwyciłem go.
Moje męstwo wszakże nie ma żadnych granic.
Ale Cześnik... on chciał wypuścić to przebrzydłe zło!
Cześnik... niechże go uderzy piorun!
Nie uwierzył w moje męstwo, ani żaden z czczych honorów!
Wyśmiał! Obśmiał! Upokorzył! Ale mnie to nie ruszyło!
Pokazałem jeńca - kazał odesłać. Niech go kule biją...
Wacław się nazywał chłopak, syn Rejenta, jak się okazało.
Zakochany w Klarze ogier - ciągle mu jej było mało.
Tylko po tej stronie zamku miał on szansę na schadzeczki.
Dał mi układ - to przyjąłem. Niech Bóg ma w opiece te niecne owieczki...
W końcu, w końcu spotkałem Klarę - moją lubą.
Elokwentnie opowiedziałem jej o mojej miłości.
Ta mi dała wyzwania - chciała mą miłość sprawdzić próbą...
Ale ja się nie dam! I na ten układ przystałem - mimo wewnętrznej złości.
Cześnik znowu dał mi zadanie - zostałem posłem do Rejenta.
W jego imieniu miałem proponować walkę, pojedynek za mur.
Ten, ugościwszy mnie cierpkim winem i złą strażą,
zadał memu sercy przeolbrzymi ból.
Wydukałem to, co wydukać miałem,
wtem wpada do niego jakaś baba, bodaj Podstolina.
Mówi, że chce Wacka za męża,
zaś Cześnika odrzuciła.
Wróciwszy do Raptusiewicza, zdałem mu raport, przekazałem list.
Cześnikowi gul podskoczył, dał się słyszeć duszy cichy gwizd.
Ja za to większe miałem zmartwienie - Rejentowe wino było zatrute!
Dyndalski pocieszał mnie, że niemożliwe, że w czym ja Rejenta łupię?
Wobec tego wszystkiego, ma dusza nie wytrzymała,
począłem spisywać testament, tak jak Bozia przykazała.
Łzy mi ciekły po ciepłych polikach, niby rdza po stali,
bo z czasem przestaje, zasycha, ginie gdzieś w od dali.
Poszedłem do Klary, oddałem jej testament,
tam przepisałem na nią wszystko co miałem.
W wielkim żalu, rozpaczy, że zginę od wina,
a wszakże nie moja była to wina,
gdzieś koło ucha przemknęły mi słowa:
"Tak jest, zgoda,
A Bóg wtedy rękę poda".
To wszystko przez miłość, pechową straszliwą,
intrygi uknuli, jeden przeciw drugiemu - jak nie piórem, to siłą.
Kto już w grobie jedną nogą, temu groźby nic nie pomogą,
wydałem Wacława - i tak miał ginąć młodo.
Żal mi, że Klara nie została moją żoną,
ale chociaż spokój - brak ognia za komodą.
Komentarze
Prześlij komentarz