Pejzaż z przypowieścią o siewcy

Na podstawie obrazu Pietera Bruegla starszego o tym samym tytule

Pot ścieka mi z czoła. Jest szósta nad ranem. Wschodzi słońce.
Ja - chłop zwykły, niezwykły. Pracuję. Nie za pieniądze.
Ja - chłop zwykły, niezwykły. Wyszedłem. W mieście kamiennym mnie nie znajdziecie.
Pot ścieka mi z czoła. Jest szósta nad ranem. Sieję w ziemi. Mieszkam tam, gdzie wy nie chcecie.

Byłem handlarzem w mieście w skale.
Nie omijały mnie skandale.
Nie omijały mnie kobiety.
Nie szukałem pociechy.
Nie czułem się źle z tym co robię.
Nie doszukiwałem Boga w sobie.
Nie jadałem suchego chleba.
Nie pijałem tego, co trzeba.

Pewnego dnia usiadłem nad brzegiem rzeki. Widziałem łódź. Na niej brodacza.
Pośród niego tłumy. Kobiety, dzieci, starców. Mężczyzn. Nie nurtowała ich ich praca.
"Inne padły na miejsca skaliste [..]" jedynie tyle usłyszałem. Wstałem. Podszedłem bliżej.
"I wnet nie powschodziły, bo gleba nie była głęboka" - coraz więcej. Nadal nie rozumiem. Jeszcze bliżej.

"O czym mówisz, brodaczu?" - zapytałem wreszcie.
Zapadła cisza. Brodacz, siedzący do tej pory, wstał.
"O czym mówisz, brodaczu?" - powtórzyłem dla pewności.
Pogładził się po brodzie. Wciąż milczał. Jego twarz jak stal.

"Odpowiedz! Teraś niemy?!" - wykrzyczałem z poirytowaniem.
"Tutaj, drodzy bracia i siostry, ziarno nie zostało zasiane."

Upadłem. Poczułem mokrą glebę i łagodną falę.
Gdy wstałem było ciemno i zimno. Cisza. Pustka.
Dokoła mgła, spowijająca swoimi ramionami eter.
Do tego paraliż. Strach. I łódka.

Na niej mężczyzna, ten sam co wtedy.
Wciągnął mnie na deski. Mocno ścisnął.
"Teraz nie będziesz taki jak kiedyś" - powiedział.
Zaszumiało mi w głowe. Znowu upadłem. Coś błysło.

Obudziłem się na drewnianym łóżku. Nade mną był strop.
Strop starej, zmurszałej chaty. Dokoła smród, na skórze świąd.
Wyszedłem przez futrynę bez drzwi. Rozejrzałem się dokoła.
"Nie... Nie może być...". Myślałem, że skonam.

Znalazłem się po przeciwnej stronie rzeki. Na wzgórzu.
W dali został mój sklep, wazony i półki z towarem w kurzu.
W dali pieniądze, bogactwa, wpływy, kobiety i władza.
Coś mnie tknęło. Oderwałem wzrok. W głowie myśl - "Nie wracam".

Przepełniło mnie ciepło. Orgazm duszy. Katharsis.
Wziąłem worek z nasionami. Sięgnąłem do środka. Rozrzuciłem dokoła.
Nagle świat się zazielenił. Stare chaty zmieniły się w pałace.
Biedacy wzbogacili, a bogacze zaczęli żyć inaczej.

Wstrząsnęły mną konwulsje. Znowu ten sam błysk. I łódka.
Na niej brodacz. Wokół fale i mgła. Mgła  uderzająca w zmysły jak wódka.
"Ty jesteś nasieniem, które wyda plon dwustu szesnastokrotny,
będziesz świadkiem braku miłości, rzezi i zła. Ich przyczyną nie będę ja".

Kolejny błysk. Padłem. Leżę na glebie.
Wstaję, otrząsam się, włącznie z myślami, patrzę za siebie.
W dali, śród gór, miasta i chmur dojrzałem wojska.
Wnet śnieg. Stukot końskich kopyt. Szczelina w chwili wąska.

Wizja. Znowum w mieście, ale teraz jakoś jest inaczej,
słyszę matki, rozgoryczone i zapchane płaczem.
Widzę oddział, na czele z czarnym rycerzem,
i chłopów, proszących innego jeźdźca o ratunek.

Nie wierzę.

Oni zjeżdżają.
Ja czym prędzej muszę biec.
W końcu mam być świadkiem,
choć nie chcę.
Już wolałbym cicho skonać,
niż patrzeć tylko jak zło
ma się dokonać.

Rzeź.
Czuję krew w powietrzu.

Tysiąc pięćset pięćdziesiąt siedem do tysiąc pięćset sześćdziesiąt pięć.
Czuję śmierć w powietrzu.

Słyszę płacz.
Płacz dzieci.

Nie bądź Herodem.
Zabierz lepiej tych, co nawet grzech nie święci.





















Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Watra wędrownicza

Obrzydzenie

Droga krzyżowa